Niedawno spędziłam trochę czasu z moją mamą, która od roku przebywa na oddziale opieki zdrowotnej na osiedlu dla seniorów, gdzie mieszka od ponad dziesięciu lat. Mama ma kłopoty z chodzeniem i widzeniem. Nie jest to niczym wyjątkowym w jej wieku. Każdy wokół niej ma wiele podobnych problemów, jednak jest pod opieką wspaniałych pielęgniarek, które robią wszystko, co w ich mocy, aby pomóc staruszkom.
Mama i inni mieszkańcy byli kiedyś pełnosprawnymi i silnymi ludźmi, pełnymi życia i wigoru, zajęci rodziną i karierą. Teraz ledwo mogą zrobić jeden krok bez chodzików, jeśli w ogóle im się to udaje. Spędzając wśród nich czas, nieustannie przychodziło mi na myśl jedno słowo: zależność.
Kiedy się rodzimy, jesteśmy całkowicie zależni od naszych rodziców. Jeśli żyjemy wystarczająco długo, wracamy do całkowitej zależności od innych. Pomiędzy tymi dwoma okresami oszukujemy się, myśląc, że jesteśmy niezależni. Nie zaprzeczam, że wiele rzeczy osiągamy własnymi rękami, ale rzeczywistość jest taka, że nigdy nie jesteśmy samowystarczalni. Stan na początku i u kresu ludzkiego życia wskazuje na naszą stałą zależność, przede wszystkim od Boga.
Nie lubię polegać na innych tak jak każdy inny. Kiedy w słowniku wyrazów bliskoznacznych szukałam synonimów słowa „zależność”, natknęłam się na takie słowa jak bezbronny, bezradny, gorszy. Takie pojęcia kojarzymy z byciem zależnym. Ale Bóg tak tego nie widzi. Jezus był najpotężniejszym człowiekiem na ziemi, ale otwarcie i wielokrotnie mówił o swojej zależności od Ojca. Nie postrzegał tego jako oznaki słabości, ale raczej jako oznaki siły.
Możemy próbować zaprzeczyć naszej zależności od Boga, ale to bezsensowne przedsięwzięcie. Najlepszym rozwiązaniem jest zgoda na zależność od Niego, ponieważ tylko wtedy możemy w pełni wykorzystać wszystkie błogosławieństwa i łaskę, którą Bóg ma dla nas w zanadrzu.
Zdjęcie: Carol Schlorff