Otworzyłam oczy i zastanawiałam się, dlaczego leżę na podłodze. Byłam jeszcze bardziej zdezorientowana, gdy zobaczyłam wyraz szoku i strachu na twarzach moich przyjaciół. Co się stało? Dowiedziałam się, że straciłam przytomność. Nie miałam pulsu i nie oddychałam. Kolega musiał mnie reanimować. Zabrano mnie do szpitala. Lekarze nie znaleźli przyczyny. Od tamtej pory czuję się dobrze, ale ten incydent skłonił mnie do myślenia: co by było, gdyby nie było tam mojego przyjaciela i gdyby mnie nie uratował? Nie byłoby mnie już wśród żywych.
Takie otarcie się o śmierć często skłania do zastanowienia się nad życiem. Pomaga ustalić na nowo priorytety i pokazuje realny stan naszej wiary. Konfrontuje nas z fundamentalnym pytaniem: czy jesteś gotowy na dzień, w którym przyjdzie ci się rozstać z życiem?
Ten incydent uświadomił mi, że nie muszę się obawiać śmierci. Nie oznacza to, że jej oczekuję ani że jest mi obojętna jej forma. Zniknęła jednak przyczyna strachu – strachu przed tym, co jest zakryte. Wiem, dokąd zmierzam.
Może to brzmieć arogancko, jednakże moje zaufanie nie wynika z moich zasług! Opiera się na obietnicach Bożych i na tym, co Chrystus uczynił na krzyżu. To naprawdę bardzo proste, zapewniam. Chrystus umarł, abyśmy mogli żyć. Jak pisze Apostoł Jan, ktoś, kto ma Syna (Jezusa), ma życie wieczne. Twierdzi, że taka osoba może być absolutnie pewna swego wiecznego przeznaczenia. (1)
Jako dziecko często bywałam w kościele, praktycznie tam się wychowałam. Słyszałam wszystko o Jezusie. Pewnego dnia jednak zdałam sobie sprawę, że nie jest moim Zbawicielem. Różnica polega na tym, że znajomość kogoś ze słyszenia różni się od poznania go osobiście. Z Jezusem nie jest inaczej. Moja znajomość z Jezusem ograniczała się do tego, co o Nim wiedziałam od innych lub co o Nim przeczytałam. Nie miałam z Nim relacji. Nigdy wcześniej nie pokutowałam za swoje grzechy ani nie zaufałam Mu. Kiedyś nadszedł taki dzień, że byłam gotowa na zmianę – nawróciłam się, wyznając swój grzech i prosząc Jezusa, aby mnie zbawił. W tym momencie rozpoczęła się nasza znajomość. Od tego czasu „miałam Syna”, a wraz z Nim obiecane życie wieczne.
Wracając do mojego doświadczenia styczności ze śmiercią, chociaż cieszyłam się, że mnie odratowano, jeszcze bardziej cieszyło mnie, że ta sytuacja wystawiła moje zaufanie do Boga na próbę i że przeszłam ją pozytywnie. Należę do Jezusa, ponieważ kiedyś prosiłam Go o zbawienie. Od tamtej pory odczuwam Jego obecność w moim życiu. Obiecał, że jeśli mamy Syna, mamy pewność, iż spędzimy z Nim wieczność. Nie muszę się bać śmierci.
(1) 1 Jana 5,11-13
Ten post ma 2 komentarzy
Piekne,chcialabym zeby kiedys bylo mozliwe dla mnie(moje chcialabym musialoby mi byc narzucone ,to ja musialabym byc wybrana-zazdroszcze w sensie podziwiam ludzi wierzacych-ufajacych,dla mnie Jezus jest filozofem-kims kto pokazal swojego Boga)
Dziękuję za szczere słowa.